logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Krematorium w KL Melk Zdjęcie: S.Indra/MSZ/ -

Sprywatyzowany obóz śmierci

Czwartek, 6 października 2016 (18:27)

Władze Austrii nie reagują na polskie oczekiwania związane z obozem koncentracyjnym Gusen, gdzie zginęło prawie 30 tys. naszych obywateli.

Na przeszkodzie upamiętnieniu stoją skomplikowane bariery prawne, ale przede wszystkim brak świadomości. W wiedeńskich urzędach napotykamy wyraźne lekceważenie problemu. Urzędnicy nie rozumieją potrzeby przywrócenia należnego Gusen miejsca. Cały czas podkreślają, że decyzje prywatyzacyjne z lat 50. są nieodwracalne, a jedynym większym upamiętnieniem hitlerowskich obozów śmierci na terenie Austrii jest Mauthausen.

– W latach 50. doszło do pewnego rodzaju konsensusu. Instytucje państwowe i organizacje byłych więźniów zgodziły się, by całe upamiętnienie scentralizować w Mauthausen. Zdajemy sobie sprawę, że ta decyzja była zła – przyznaje Ralf Lechner z austriackiego MSW. Ale jego resort nie ma też żadnego pomysłu na Gusen. Nie przyjmuje do wiadomości, że kilkadziesiąt lat temu Polska nie była reprezentowana podczas międzynarodowych ustaleń, w których PRL jedynie powtarzała stanowisko sowieckie.

Kwadratura koła

Ministerstwo w swoich wyjaśnieniach wyraźnie stawia sprawę tak, że nie da się jej rozwiązać. Lechner tłumaczy, że MSW obecnie nie podejmuje żadnych działań, bo nie ma żadnego planu. Z kolei plan nie powstaje, bo nikt nie przewiduje żadnych działań. – Było pasmo błędów i ignorancji, ale teraz jest to teren prywatny, więc nic się nie da zrobić – rozkłada ręce Andreas Baumgarten, sekretarz Międzynarodowego Komitetu Mauthausen i jeszcze jednego, tym razem tylko austriackiego komitetu. Oba ciała w przeciwieństwie do np. Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego ani nie są niezależne, ani nie mają w swoim składzie ekspertów.

Austriacy zamiast o Mauthausen-Gusen, jak to się przyjęło w Polsce i wielu innych krajach, wolą mówić jedynie o Mauthausen jako „systemie obozów”. Tłumaczą, że dodanie Gusen byłoby niezasadnym wyróżnieniem jednego podobozu, chociaż przemawiają za tym względy historyczne. Do „systemu” zaliczają wszystkie hitlerowskie miejsca kaźni na terenie Austrii. Ześrodkowanie pamięci w jednym miejscu ma długą historię. W latach 1945-1955 kraj znajdował się pod okupacją sowiecką. – Jak nam wyjaśnili sowieccy oficerowie, był rozkaz Stalina, by to wszystko zniszczyć, ponieważ był to obóz m.in. dla jeńców sowieckich. Wydawało mi się, że powinno być odwrotnie, ale z sowieckiego punktu widzenia było inaczej: oni jeńców uznawali za zdrajców i nie można było pokazać, że żołnierze sowieccy byli również pokonywani – wyjaśnia Martha Gammer ze społecznego stowarzyszenia Komitet Pamięci Gusen.

W Gusen obok krematorium powstał w 2004 r. niewielki pawilon i pomnik sfinansowany przez Polskę. Ekspozycja oceniana jest jako bardzo słaba merytorycznie, brak też napisów po polsku. W przygotowaniu wystawy mieli pomagać polscy eksperci, ale strona austriacka z tego zrezygnowała.

– W Austrii była tradycja dostosowywania się do opinii sowieckiej. Dlatego koncentrowano się na Mauthausen, gdzie ginęli przede wszystkim przedstawiciele austriackiego ruchu oporu, który był komunistyczny. Państwo hamowało też wszelkie starania środowiska naukowego – dodaje Gammer.

Mauthausen pozwala podtrzymywać mit Austrii jako „pierwszej ofiary Hitlera”. Przemilcza się społeczne poparcie dla Anschlussu i dla nazizmu w Austrii. – Austria jako państwo została zniszczona, ale społeczeństwo w dużej części tego oczekiwało i w tym uczestniczyło – zaznacza prof. Bogusław Dybaś ze stacji naukowej PAN w Wiedniu.

Temat tabu

W Mauthausen lokalna społeczność akceptowała istnienie obozu. Esesmani często żenili się z miejscowymi dziewczynami. Mieli własną drużynę piłkarską uczestniczącą w regionalnych rozgrywkach ligowych. Do dziś ta przeszłość ma wpływ na myślenie Austriaków. Mauthausen ma reprezentować także inne obozy, a Polacy stanowili w nich największą grupę ofiar. Jednak w muzeum napisy są tylko po niemiecku, francusku i rosyjsku, gdzie indziej nieliczne po angielsku.

W okolicy znajduje się zamek Hartheim, gdzie mordowano ludzi niewygodnych lub niepotrzebnych, zwłaszcza chorych i niepełnosprawnych. Po raz pierwszy w tym roku zaproszono tam przedstawicieli rodzin polskich ofiar. – Poproszono mnie nawet o wygłoszenie odczytu. Wszyscy uczestnicy dostali jego treść przetłumaczoną na niemiecki. Ale mało kto czytał. Niektórzy nawet odrzucali kartki, inni komentowali ze śmiechem to, co było tam napisane. Jest nam z tego powodu bardzo przykro – mówi Elżbieta Rybarska, prezes Stowarzyszenia Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych, której dziadek został zamordowany w Hartheim.

Problemem jest też stosunek do spraw lokalnej społeczności, chociaż działania organizacji takich jak prowadzona przez Gammer dają podstawy do optymizmu. Z oddolnej inicjatywy powstał tzw. Region Świadomości Mauthausen-Gusen-Sankt Georgen, który ma się zajmować lokalną pamięcią na temat obozów, w tym Gusen.

– Wśród lokalnej społeczności to był temat tabu. W latach 80. XX wieku wiedza na temat tego największego kompleksu obozowego na terenie Austrii była zerowa. O tym, co się działo w Gusen, nie uczy się w szkołach ani na uniwersytetach – uważa Rudolf Haunschmid, który napisał na ten temat książkę i od 30 lat zbiera świadectwa o zapomnianym obozie.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Falkowski Gusen/Wiedeń

Aktualizacja 6 października 2016 (20:09)

Nasz Dziennik