logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Jedność UE nie może być narzucana siłą

Piątek, 10 marca 2017 (10:58)

Z Sylwestrem Chruszczem, posłem ruchu Kukiz'15, członkiem Sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Batalia polskiego rządu w sprawie zablokowania wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję zakończyła się fiaskiem. Co oznacza reelekcja Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej?

– To oznacza ni mniej ni więcej, że Unia Europejska dalej będzie zmierzać w szkodliwym dla siebie kierunku, w kierunku głębszego podziału na Europę kilku prędkości. Możemy się zatem spodziewać braku modernizacji Europy, nie będzie oddania kompetencji i władzy państwom narodowym, ale jednocześnie będziemy mieli do czynienia z rozrostem brukselskiej biurokracji. I to wszystko będzie gwarantował przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Czyj kandydat został wybrany, bo przecież nie Polski…?

– Tak, Donald Tusk to nie był kandydat Polski. Rząd polski argumentował brak poparcia dla Tuska, wskazywał na to, co dyskredytuje tę kandydaturę, co więcej – wysunął własnego kandydata w osobie polityka kompetentnego –Jacka Saryusz-Wolskiego. To, co pokazał w czwartek parlament niemiecki – Bundestag, co powiedziała kanclerz Angela Merkel, to pokazuje, że Donald Tusk jest kandydatem takich państw, jak Niemcy czy Francja, którym na rękę jest polityk miałki, który będzie firmował zgubną politykę Brukseli animowaną przez wspomnianą kanclerz Merkel. To widać chociażby po polityce imigracyjnej, widać to także po polityce gospodarczej.

Skoro wspomniał Pan wystąpienie kanclerz Merkel w Bundestagu, która stwierdziła wprost przed głosowaniem, że cieszy się na kontynuację współpracy z Donaldem Tuskiem, to czy nie dowodzi to, że decyzja w sprawie obsady stanowiska szefa Rady Europejskiej zapadła za nim rozpoczął się szczyt?

– Duch wspólnoty, jedności Unii Europejskiej nie może być narzucany siłą, ale niestety jest. To nie ma nic wspólnego ze wspólnotą. Mamy dyktat Niemiec. To jasno pokazuje, kto rozdaje karty w Unii Europejskiej. Przemówienie kanclerz Angeli Merkel było – w tym momencie – najważniejszym wydarzeniem, na którym skupiła się uwaga międzynarodowa, łącznie z mediami i analitykami. Kanclerz Niemiec miała tego świadomość, stąd taka wypowiedź de facto przesądzająca o wyborze Donalda Tuska. Proszę zwrócić uwagę, że takich kategorycznych sądów nie usłyszeliśmy ani z Brukseli, a tym bardziej z Warszawy. To tylko pokazuje, że mamy do czynienia dalej z łamaniem praw narodów i z czymś, co można określić brnięciem w niebezpieczną i bardzo szkodliwą politykę dla nas, Europejczyków.

Przedłużenie mandatu dla Tuska nie jest – mimo wszystko – klęską polskiej dyplomacji?

– Trudno tak na świeżo oceniać konsekwencje tego, co się stało w Brukseli. Z całą pewnością polska dyplomacja potrzebuje szybkiej przebudowy. Abstrahując od wyboru szefa Rady Europejskiej, mianowanie ambasadorem RP w Kijowie Jana Piekły, brak przewidywalności, jeśli chodzi o wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, to wszystko działa na niekorzyść polskiej dyplomacji. Jednocześnie to świadczy, że ciągła obecność resortowych dzieci w szeregach polskiej dyplomacji jako pozostałość po Bronisławie Geremku jest szkodliwa. To wszystko sprawia, że polska dyplomacja, póki co, jest niewydolna i wymaga natychmiastowej przebudowy.

Dlaczego kandydatura Jacka Sariusz-Wolskiego nie zyskała aprobaty, może zbyt późno się pojawiła…?

– Po części z pewnością tak. Czas od zgłoszenia kandydatury Jacka Sariusz-Wolskiego do chwili głosowania był krótki, może było to działanie spóźnione. Mimo wszystko kandydatura Jacka Sariusz-Wolskiego broni się sama. W końcu jest to polityk znany i ceniony od lat na arenie europejskiej, na forum Parlamentu Europejskiego i w Komisji Europejskiej. To, co ważne, a co paradoksalnie działało na jego niekorzyść, to fakt, iż jest to polityk niezależny, który potrafi wyrazić własne zdanie, bronić swoich racji, co wielokrotnie pokazywał. Jest to człowiek z charakterem, który mówiąc kolokwialnie – nie pozwala się prowadzić na smyczy, co jest nie w smak tym państwom, które dzisiaj mówią i forsują Europę kilku prędkości. Stąd te państwa wolą polityka miałkiego, bezbarwnego, który będzie potulny i będzie realizował politykę tych największych graczy. Dowodów na to, że Donald Tusk jest politykiem bez kręgosłupa, jest bardzo wiele. Jeszcze jako premier polskiego rządu nie potrafił dostatecznie bronić interesów Polski, a jako szef Rady Europejskiej nie stanął po stronie własnego kraju, kiedy groziły nam kary w ramach narzucanych kwot za nieprzyjęcie imigrantów. Ponadto Tusk nie zrobił nic, kiedy atakowano Polskę za rzekome łamanie demokracji, co więcej, przyłączył się do chóru krytyki Polski. Nie zrobił też nic, żeby powstrzymać dzielenie Europy na Europę paru prędkości, gdzie więksi żerują na mniejszych. W odróżnieniu od Donalda Tuska Jacek Sariusz-Wolski to zupełnie inna jakość.   

Po spotkaniu w Wersalu mamy Europę dwóch prędkości. W jakim kierunku zmierza taka polityka?

– Stało się faktem, że Europa cofnęła się parę kroków w tył. Natomiast my, Polacy, zostaliśmy oszukani. Po pierwsze, wprowadzono nas do Unii Europejskiej na niekorzystnych, bardzo złych warunkach. W tzw. międzyczasie narzucono nam zgubną politykę ekologiczną, dekarbonizację polskiej energetyki, Unia przy wydatnym wsparciu Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska doprowadziła do likwidacji polskich stoczni, do zadłużenia polskich rolników. Traktat lizboński zabrał nam siłę polityczną, bowiem wmawiano nam, że głos będzie tak mocny jak głos Wielkiej Brytanii, tymczasem okazuje się, że dzisiaj jest głosem drugorzędnym. Powiem więcej, odsuwa się nas do narożnika, pokazując nam palcem, że jesteśmy w tym gorszym koszyku. Europa, a ściśle rzecz ujmując, elity europejskie – w tym również Donald Tusk – niestety nie wyciągnęły żadnych wniosków z Brexitu. Tymczasem Brytyjczycy pokazali, że są w stanie bronić swojego interesu narodowego, który stawiają wyżej nad mroczne wizje nieprzewidywalnej Unii. Brytyjczycy chcą sami stanowić o sobie i nie pozwalają sobą pomiatać, co ma też wpływ na gospodarkę, która będzie się u nich rozwijała dużo lepiej niż gospodarki państw członkowskich Unii.

Tuska poparło 27 państw, a więc wszyscy oprócz Polski. Czy to nie stawia pod znakiem zapytania naszych przyszłych relacji z państwami np. Grupy Wyszehradzkiej, które zagłosowały tak, jak sobie życzyli Niemcy?     

– Co by nie powiedzieć, państwa np. Grupy Wyszehradzkiej zagłosowały realistycznie, zgodnie ze swoim interesem narodowym. Po negocjacjach kuluarowych, zdając sobie sprawę, że kandydat Polski Jacek Sariusz-Wolski nie będzie miał poparcia dużych państw, kraje Grupy Wyszehradzkiej zareagowały realistycznie. I w pewnym sensie da się to wytłumaczyć. Ale to jednocześnie pokazuje, że my, jako Polska, musimy więcej energii włożyć w budowanie realnych sojuszy. Musimy się skoncentrować na prezentacji polskiego punktu widzenia, i tu musi być więcej bilateralnych spotkań, budowa ściślejszych relacji gospodarczych, powiązań naukowych, kulturalnych, i to w przyszłości się nam opłaci, także Słowacji, Czechom i Węgrom.

Czy gdyby, dajmy na to, rząd węgierski sprzeciwiał się wyborowi własnego rodaka, który działałby na szkodę Węgrów, czy w takiej sytuacji Polska nie opowiedziałaby się po stronie Węgrów?      

– To jest pytanie o solidarność państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ta solidarność powinna wybrzmieć i dominować we wzajemnych relacjach. Sądzę, że Polska zachowałaby się solidarnie. I tego samego oczekiwałbym od naszych sojuszników. Jednak z drugiej strony – przypomnę, że my też nie poparliśmy Czechów i Węgrów, kiedy oni nie chcąc przyjąć narzuconych kwot imigrantów, skarżyli się do Trybunału Europejskiego w tej sprawie. Tak czy inaczej jesteśmy na początku drogi. Jeśli chcemy odbudować projekt Międzymorza, jeśli chcemy powrócić na scenę jako kraj mocarstwowy, to jest to dopiero początek. Przed nami długa droga i nie spodziewałbym się, że realizując swoje zamierzenia, spotkamy się z akceptacją brukselskich elit.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 30 września 2017 (21:43)

NaszDziennik.pl