„Przez krzyż cierpień i życia szarego – z Chrystusem – do chwały zmartwychwstania” – ten zapis w pamiętniku ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego wypełnił się pewnej obozowej nocy w Dachau. Umierał kapłan ofiarny, który zaraził się tyfusem, niosąc pomoc współwięźniom. Do końca spowiadał i udzielał Komunii Świętej. Do końca był kapłanem.
Przyszedł na świat w 1913 r. w Chełm- ży jako trzecie z sześciorga dzieci państwa Frelichowskich. Od najmłodszych lat pełnił jakąś służbę – w wieku 9 lat został ministrantem, po pięciu latach wstąpił do Sodalicji Mariańskiej, a chwilę później zetknął się z harcerstwem, w którym był drużynowym.
Jesienią 1931 r. przekroczył bramy Seminarium Duchownego w Pelplinie. To była trudna decyzja, o czym tak pisał: „Byłem sympatyczny, byłem zdolny, wszystkie drogi miałem otwarte. Przyszłość uśmiechała mi się wszystkimi promieniami tęczy, a prócz tego dał mi jeszcze świat poznać, czym jest miłość, miłość pierwsza, młodzieńcza. Nie miłość ciał, nie zmysłowość, ale przyjaźń duchowa. I smutno mi było, smutno Agnieszce. Serce mi się krajało. […] Ale ufam, że Jezus mi dopomoże, boć dla Niego ta ofiara. Wiem, że niegodny jej jestem, ale chcę być kapłanem wedle Serca Bożego. Tylko takim. Innym nie”.
Po otrzymaniu święceń, w 1938 r. wysłano go jako wikarego do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu. Ówczesny proboszcz tak o nim mówił: „Nie spostrzegłem przez cały ten szesnastomiesięczny okres naszej współpracy, aby kiedykolwiek nie był zajęty albo oddawał się jakiemuś gnuśnemu wypoczywaniu”.
Uwięziony na początku II wojny światowej nie przestawał posługiwać: najpierw w Forcie VII w Toruniu, później w obozach, gdzie organizował wspólne modlitwy, którym często przewodził. Zainicjował także recytowane Msze, podczas których jeden z obecnych kapłanów deklamował teksty mszalne, a pozostali więźniowie odpowiadali, łącząc się duchowo z Eucharystią odprawianą w kościele parafialnym. Jeden ze współwięźniów tak wspomina: „Była w forcie VII na piętrze ciemna, sklepiona piekarnia żołnierzy. Tuż za piecem pod ścianą było trochę miejsca, gdzie Wicek słuchał spowiedzi. Chłopcy i mężczyźni po omacku szli do kąta piekarni. Tam czekał Człowiek, który z Bogiem jednał dusze. Widziałem kilkakrotnie gest proszalny, zaklinający to Boga, to człowieka, łączący ich w jedność. Widziałem ludzi, którzy wracali z konfesjonału-piekarni, od człowieka, który tam zawsze czekał…”.
Zmarł w samotności 23 lutego 1945 roku. Po jego śmierci w Dachau doszło do nieprawdopodobnego wydarzenia. Na prośbę więźniów władze obozowe wyraziły zgodę na wystawienie ciała zmarłego. Wokół trumny leżały kwiaty.
Prośmy go, aby wstawiał się za każdym polskim kapłanem, zwłaszcza za tymi, którzy są kuszeni, nękani bądź narażeni na pokusy świata. Aby chcieli iść, jak ks. Stefan, „Przez krzyż cierpień i życia szarego – z Chrystusem – do chwały zmartwychwstania”.

