Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze.
A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?”. I powątpiewali o Nim.
A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.
Niechciany prorok
Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Doświadczył tego Jezus w rodzinnym mieście. Ale nie tylko. Nie jest łatwo być apostołem dla swoich najbliższych – przekonał się o tym Jezus, przekonują się ludzie, którzy choć zaangażowani w przeróżne działania ewangelizacyjne, jednocześnie nie są w stanie poruszyć serc swoich najbliższych. Zawsze wtedy boli. Najbardziej bezradność.
Rodzi się pytanie: dlaczego? „Byłem świadkiem, a nie umiałem dać świadectwa” – pisał Herbert. Czy tylko dlatego? Może też chodzi o swoisty „święty kurz”, który nieruszany zaczyna okrywać codzienność – niby go nie widać, ale jest, szpeci. Reszty dopełnia przyzwyczajenie. Z lęku (wstydu, nawyku) wolimy udawać, że wszystko jest w porządku – tego zaś, kto ujawnił kłopotliwą prawdę, brutalnie wypraszamy ze swojego życia. Analogiczny mechanizm zadziałał w Nazarecie, gdy Jezus ze swoimi uczniami zawitał do rodzinnego miasta – nie tylko zresztą tam. Podobnie się stało np. w kraju Gadareńczyków (por. Mt 8,28-34) i w innych miejscach. – Odejdź od nas! Może i masz rację, ale zbyt wiele musielibyśmy zmienić w swoim życiu, byś znalazł u nas godne mieszkanie!... – słowa te nie padły wprost, ale taki mniej więcej sens miała reakcja ludzi. Wystraszonych perspektywą zmiany i zdesperowanych niechęcią do zakasania rękawów i wydobycia z głębi duszy zalegającej tam zgnilizny.
Boga można wyrzucić z życia, udawać, że Go nie ma, zlekceważyć. W pewnym momencie jednak sumienie się obudzi. I dotrze do wnętrza prawda, że życie bez Niego przypomina zastawioną pięknie sklepową witrynę, za którą nic nie ma. Warto jednak odnaleźć odwagę, by zaprosić do siebie Chrystusa.

