Z ks. Feliksem dużo rozmawiałam o cudach i łaskach w jego życiu. On dotknął niemal namacalnie świętości bł. ks. Jerzego Popiełuszki.
– Ksiądz Jerzy Popiełuszko to był człowiek, któremu miłość do Ojczyzny była bardzo bliska. Wywodził się ze szkoły Prymasa Tysiąclecia – ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Był ode mnie młodszy i miał bardzo słabe zdrowie. Zawsze postrzegałem go jako zwyczajnego księdza, bez żadnych niezwykłości. Wiedział, że jest kochany i sam kochał Boga i ludzi. On po prostu służył... Dla mnie ks. Jerzy był i jest orędownikiem u Pana Boga – powiedział mi kiedyś kapłan.
Ks. Feliks Folejewski opowiedział mi historię swojej choroby, która rozpoczęła się na początku 1980 roku. Czterdziestoczteroletni kapłan, ówczesny ojciec duchowny seminarium Księży Pallotynów w Ołtarzewie, prowadził rekolekcje u sióstr w Krakowie-Łagiewnikach. Podczas rekolekcji zachorował na zapalenie żył i tęczówki. W marcu pojawiły się dodatkowo bóle wieńcowe.
„Bardzo źle się czułem i rektor seminarium wezwał pogotowie. Trafiłem na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. W nocy miałem pierwszy zawał, potem nastąpił dorzut, doszła niewydolność krężenia, migotanie komór serca oraz obrzęk płuc. W końcu zapadłem w stan śmierci klinicznej. Miałem poczucie wychodzenia z ciała i wizję światła. Gdy się obudziłem, ujrzałem jasność nad biało-czarnym zdjęciem ks. Jerzego Popiełuszki, które zawsze miałem przy sobie. Biło od niego wszechogarniające światło. Uznałem to za znak. Przeżyłem i uważam to za łaskę, której doznałem za wstawiennictwem ks. Jerzego” – podkreślał pallotyn.
We wrześniu lekarze wysłali ks. Folejewskiego na rekonwalescencję do Nałęczowa. Zamiast odpoczywać, rzucił się w wir pracy – głosił kuracjuszom orędzie Bożego Miłosierdzia.
W 1982 roku kapłan przeżył kolejny zawał. Rok później zawieziono go na operację do Niemiec, gdzie wszczepiono mu by-passy. Znów poczuł działanie szczególnej łaski Bożej. Po zabiegu nieco poprawiło się zdrowie kapłana, ale wkrótce nastąpił kolejny zawał.
W 1993 roku podczas beatyfikacji s. Faustyny Kowalskiej powiedział: „Panie, jak dasz mi siłę i zdrowie, to poświęcę je na głoszenie Bożego Miłosierdzia”.
Niedługo potem w Boże Ciało przewodniczył procesji w Lublinie. Wieczorem poczuł ból. Do szpitala w Aninie poszedł jeszcze o własnych siłach. Niestety, musiał tam spędzić aż dwa miesiące, a lekarze ostrzegali go, że nie będzie żył, jeśli nie zrobią przeszczepu serca. Nie zdecydował się na to, zaufał Bożemu Miłosierdziu. Pewnego dnia usłyszał bowiem w swoim sercu słowa: „Twój przeszczep będzie miał na imię Jezu, ufam Tobie”.
Od tamtego czasu minęło wiele lat. Badania cały czas wskazywały, że ks. Feliks Folejewski miał zniszczone serce, a główne jego tętnice były niedrożne. Lekarze nie rozumieli, jak takie serce może działać.
„A ja wiem, że to cud. Mam wielkiego orędownika w Niebie – bł. ks. Jerzego Popiełuszkę, a Boże Miłosierdzie jest nieskończone” – wyjaśniał kapłan.
Jak podkreślał apostoł Bożego Miłosierdzia, ks. Jerzy uczył ludzi, jak być wiernym.
„On nas bronił, a my nie broniliśmy jego. Powinniśmy więc dziś – kiedy nasza Ojczyzna jest w trudnej sytuacji – słuchać go, poznawać jego kazania i bardziej niż kiedykolwiek indziej z wielką intensywnością, za jego przykładem modlić się za Ojczyznę. Pamiętajmy, on jest naszym orędownikiem przed Bogiem w Niebie i na pewno nigdy nas nie zostawi. Ja jestem tego żywym przykładem” – powiedział mi kiedyś ks. Feliks Folejewski. Te słowa niech będą swoistym testamentem ks. Folejewskiego dla każdego z nas.

