IV niedziela zwykła
W Nazarecie w synagodze, po czytaniu z proroctwa Izajasza, Jezus powiedział: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: „Czyż nie jest to syn Józefa?”.
Wtedy rzekł do nich: „Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: ’Lekarzu, ulecz samego siebie’; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum”.
I dodał: „Zaprawdę powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”.
Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali się z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się.
Rozważanie
Miłość zawsze boli
Drugie czytanie niedzielnej Liturgii Słowa zawiera tekst „Hymnu o miłości”. Jest on dobrze znany, lubiany – szczególnie przez nowożeńców, traktujących go nader często jako zbiór sentencji, gładkich sformułowań, stanowiący miłą dla ucha okrasę uroczystości zaślubin. Nieraz proszę ich, aby sięgali po niego, gdy będą świętować kolejne rocznice zawarcia związku małżeńskiego – gdy obniży się poziom emocji, opadną różnego rodzaju zasłony i maski, wkroczą w codzienność szarość i rutyna. Wtedy słowa św. Pawła o miłości, która jest cierpliwa, nie szuka poklasku, przebacza, jest ufna i dalekowzroczna, nie zraża się upadkami i ludzką słabością, nabierają głębszego sensu.
Złudzeniem, które dziś masowo zasiedla ludzkie serca i umysły, jest przekonanie, iż miłość jest niekończącym się braniem, zaś „prawo do szczęścia” pierwszym i najważniejszym prawem człowieka, bez względu na koszty i krzywdy, które przy tej okazji mogą zostać wyrządzone innym. Gdy trzeba coś dać z siebie, zrezygnować z kawałka swojej wolności, gdy miłość ukaże swoją złożoność, natychmiast się ją resetuje. Lekarstwem na porażkę ma być rozwód, zdrada, „układanie” sobie życia na boku. Słowa przysięgi złożonej przed Bogiem, zobowiązanie do trwania razem „na dobre i na złe” zyskują coraz mniejsze znaczenie. I dlatego świat, wybity ze swoich fundamentów, stacza się w przepaść coraz szybciej…
Prawdziwa miłość zawsze będzie boleć. Nieprzypadkowo u podstaw jedności małżeńskiej – jeśli sięgnąć po fundamentalny dla chrześcijańskiej antropologii opis z Księgi Rodzaju – leży zranienie (por. Rdz 2,21-22). Ból jest wpisany w wierność, prawdę, powinność. Rzecz znamienna: największym, najważniejszym sanktuarium miłosierdzia na świecie wcale nie są krakowskie Łagiewniki, ale jest nim rodzina, małżeństwo! Tylko tak miłość każdego dnia na nowo może się oczyszczać, wzmacniać. I tylko wtedy Bóg może ją skutecznie swoją mocą uświęcić.

