logo
logo

Zdjęcie: Małgorzata Pabis/ Nasz Dziennik

Wypełnił wolę Boga

Poniedziałek, 12 września 2016 (03:16)

Z ks. Janem Nowakiem, postulatorem w procesie beatyfikacyjnym ks. Władysława Bukowińskiego, rozmawia Małgorzata Pabis

 

Patrząc na drogę życia ks. Bukowińskiego, można dojrzeć fakt, że Pan Bóg niejako przygotowywał go do pracy w Kazachstanie.

– Ksiądz Władysław urodził się w 1904 roku na Kresach w Berdyczowie. Jego rodzina wyjechała jednak do Krakowa, gdyż tam były bardzo trudne warunki życia. W 1920 roku znalazł się w Krakowie, gdzie podjął studia prawnicze, a później teologiczne. Na prawie zajął się studentami kolegami, którym pomagał. Założył Akademickie Koło Kresowe, zorganizował bursę dla nich, czasami nocami pracował, żeby mieli co jeść. W tym Akademickim Kole Kresowym był prezesem.

Władysław Bukowiński ukończył szkołę nauk politycznych na tym samym wydziale Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po ukończeniu studiów prawniczych wstąpił do seminarium. Wówczas przeżył bardzo trudne chwile, kiedy zachorował na gruźlicę. Ta choroba wówczas była śmiertelna, a on w sposób cudowny został ocalony. W 1931 roku Władysław Bukowiński został kapłanem archidiecezji krakowskiej. W Krakowie – można powiedzieć – przeżył najpiękniejsze chwile swojego życia, a jednocześnie dojrzał do tego, aby apostołować.

Po święceniach ks. Bukowiński został duszpasterzem najpierw w Rabce, a potem w Suchej Beskidzkiej. Stamtąd – jak to często podkreślają świadkowie jego życia – przez Matkę Bożą Fatimską został wysłany na Wschód, po to, żeby tam pomagać, służyć. Wiemy, że kolejne jego losy były związane z tym, żeby ratować Rosję przed zalewem laicyzmu, niewiary, ateizmu.

 

Ta jego służba na Wschodzie nie była łatwa...

– Kiedy został proboszczem w Łucku, to wówczas służył w czasie, gdy Sowieci przyszli w 1939 roku. Wtedy rozdawał książeczki do modlitwy i żywność zesłańcom, którzy byli deportowani na Wschód. W czasie tej pracy został aresztowany i skazany na osiem lat więzienia. W czasie rozstrzeliwania został cudownie uratowany i wrócił do swojej parafii, gdzie dalej był proboszczem, troszcząc się o wszystkich, zwłaszcza o jeńców, niezależnie od ich narodowości, nawet Rosjan i Sowietów, którzy niedawno tak źle go potraktowali. Troszczył się także o dzieci żydowskie, o Ukraińców, którzy przeżywali w tamtym czasie różne cierpienia. Wszystkim pomagał.

Po wojnie znów został skazany na karę śmierci, która została zamieniona na dziesięć lat łagrów. Przebywając w nich, rozpoczął na szeroką skalę działalność duszpasterską, choć wszystko było zabronione. Organizował księży, rekolekcje, ekumeniczne spotkania między chrześcijanami. Prosili go muzułmanie, aby mówił im specjalne konferencje. Ta jego działalność była niezwykła.

Pomagał nawet strajkującym, stworzył dla nich pewne przepisy, które umożliwiały strajk w sposób godny. Dbał o to, by nie było w tym wszystkim złości, kłótni czy bójek. Dzięki jego pomocy przygotowany strajk był jedynym udanym w łagrach. Wtedy po ludzku potraktowano strajkujących i zmieniły się warunki w obozie. Ksiądz Bukowiński był także człowiekiem przebaczenia.

Po powrocie z łagru przez pewien czas kapłan ten pracował w Karagadzie jako stróż. Rozpoczął od razu działalność duszpasterską po domach: spowiadał, odprawiał Msze św., chrzcił. Był to człowiek sakramentów. On dzielił się tą łaską, jakby chciał powiedzieć, że nic wielkiego nie czyni, ale tylko to, co Pan Bóg chce. Po czterech latach takiej męczącej pracy znów został aresztowany i skazany na łagry. Te były szczególne, gdyż umieszczano w nich duchownych, żeby nie oddziaływali na ludzi.  Po trzech latach ks. Bukowiński powrócił do Kazachstanu i służył, jeżdząc po sąsiednich republikach, aż do końca swojego życia. 3 grudnia 1974 roku zmarł.

 

Co dziś ma nam pokazać jego beatyfikacja?

– Myślę, że ma ona kilka wymiarów. Po pierwsze, pokazuje nam, że nawet w bardzo trudnych warunkach, gdzie wszystko było zakazane, on duszpasterzował, i to ciągle. On był stale. Nawet płacił potężne podatki, żeby mógł być robotnikiem duchownym. To przysparzało mu wiele trudności, cierpień, ale wytrwał do końca. Wszystko robił, aby zostać. W mojej ocenie, on więcej znaczy niż męczennik, bo męczennikiem łatwo było zostać, ale być do końca, wszystko robić, żeby trwać i równocześnie duszpasterzować, to trzeba było mieć duszpasterstwo w sposób heroiczny. Beatyfikacja jest właśnie dlatego, że udowodniono, iż ten człowiek w sposób heroiczny duszpasterzował. Oprócz tego – jak już wcześniej mówiłem – był to człowiek miłosierdzia. On sam przebaczał i uczył przebaczać. W swoich wspomnieniach napisał wręcz: „Nigdy nie dałem się zatruć nienawiścią”.  Dziś więc Kościół pokazuje nam, że ten człowiek jest godny naśladowania. On nigdy nie dał się nakręcić nienawiścią, od której aż gęste było powietrze. On jednak nigdy nie wszedł w to. Do tego był człowiekiem ogromnie pogodnym, uśmiechniętym. Zapamiętano go jako wychudłego mężczyznę, wymęczonego, ale ciągle uśmiechniętego. Jak mówił w kazaniu na Zmartwychwstanie: „Co nam daje szczęście? Szczęście daje nam wiara. Co nam daje radość? Wiara, że Chrystus zmartwychwstał”.

On wypełnił wolę Boga. On nie uciekł. Mógł wyjechać, a jednak został dla ludzi. Dobrowolnie stał się obywatelem ZSRS, żeby służyć najuboższym. Udowadniał im, że wystarczy przyjąć Chrystusa i będziemy wolni, bo wolność jest w człowieku. Przez beatyfikację ks. Bukowińskiego Kościół chce nam pokazać, ile daje Chrystusowa wolność, jak ona wyzwala.

 

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Pabis

NaszDziennik.pl