logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Raport musi być pełny

Czwartek, 22 lutego 2018 (22:01)

Z Piotrem Walentynowiczem, wnukiem Anny Walentynowicz, legendarnej działaczki „Solidarności”, która zginęła w katastrofie smoleńskiej w 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak przyjął Pan informację o istniejącym nagraniu świadczącym, iż w nocy z 9 na 10 kwietnia 2010 roku, a więc przed wylotem do Katynia, ktoś majstrował przy skrzydle tupolewa?

– Ta informacja nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem. To, że w trakcie działalności Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego pod przewodnictwem Jerzego Millera, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Donalda Tuska, nie było nagrań z Wojskowego Portu Lotniczego Warszawa-Okęcie, natomiast w momencie, kiedy Platforma utraciła władzę – nagle takie nagrania się znalazły, to mnie nie dziwi. Nie dziwi mnie również to, że znalazły się nagrania z nocy poprzedzającej lot do Smoleńska. Wszyscy pamiętamy, że kiedy za rządów koalicji PO – PSL dopytywano o nagrania z lotniska, odpowiedź brzmiała: nie ma.  

Skoro jednak były, to zostały ukryte celowo?

– Oczywiście. Zresztą mówił o tym min. Antoni Macierewicz, jak również członkowie komisji ds. ponownego zbadania katastrofy lotniczej w Smoleńsku. Przypomnę, że w 2016 roku upubliczniono zapis głosowy dokumentujący prace komisji Millera, gdzie przewodniczący Jerzy Miller obligował członków tego gremium, aby w swoich pracach dążyli do osiągnięcia rezultatu, który będzie korespondował z ustaleniami rosyjskiej komisji MAK. Było zatem oczywiste, że zadaniem komisji Millera nie było zbadanie faktycznych przyczyn katastrofy smoleńskiej, ale dążenie do tego, żeby uzyskać rezultat podobny do tego, który osiągnie strona rosyjska. Wraz z ujawnionym zapisem głosowym podano również informację, że znaleziono ponad sześć tysięcy wcześniej nieopublikowanych zdjęć oraz nagrania z lotniska, których wcześniej nie było. Jak można to wytłumaczyć inaczej niż tak, że materiały te były wcześniej ukrywane, celowo niewłączane do sprawy, podobnie zresztą jak ponad setka tomów akt.

Czy możemy mówić o profesjonaliźmie służb, że osoby nieupoważnione miały dostęp do samolotu, którym miał lecieć prezydent?

– W ogóle to, co się działo w Polsce, sposób funkcjonowania państwa po 1989 roku, był karygodny. Jeśli zaś mówimy o kwestii okoliczności lotu do Smoleńska i Katynia, to przypomnę, że odsądzano od czci i wiary tych wszystkich, którzy wskazywali, że badania miejsca katastrofy, szczątków wraku są prowadzone wbrew sztuce, że gołym okiem widać było, jak niszczono dowody, zacierano ślady. Mnie osobiście tego typu działania przypominały bardziej metody rodem z PRL-u niż państwa demokratycznego. Dowodem na to, że w każdym innym demokratycznym kraju tego typu rzeczy byłyby nie do pomyślenia, jest przykład Holendrów. Potrafili oni zadbać o wrak malezyjskiego pasażerskiego Boeinga lecącego z Amsterdamu do Kuala Lumpur zestrzelonego w 2014 roku przez rosyjskich separatystów nad wschodnią Ukrainą i bardzo szybko sprowadzili go do swojego kraju. Holendrzy zadbali o swoje interesy, o swoich obywateli, jedynie państwo polskie, które za rządów Platformy i Donalda Tuska było służalcze wobec Rosji i Berlina, dopuściło się takich karygodnych zaniedbań, wręcz narodowej zdrady.

Wracając jeszcze do dnia, właściwie nocy przed wylotem do Smoleńska, jak – Pana zdaniem – BOR zabezpieczało samolot, którym prezydent RP i najważniejsze osoby w państwie miały udać się do Smoleńska i Katynia?

– Pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej mec. Stefan Hambura wielokrotnie wskazywał, że na pokład samolotu, do przestrzeni ładunkowej wprowadzono apteczkę techniczną zawierającą blisko tonę najróżniejszych części, m.in. koła, kanistry, środki czystości, która nie została sprawdzona przez BOR i SKWA. Służby te ograniczyły się tylko do zbadania przedziału pasażerskiego, a niestety nikt nie zainteresował się przestrzenią ładunkową. Więc o jakim zabezpieczeniu w ogóle mówimy.

Teza postawiona przez prof. Wiesława Biniendę, że jego zdaniem w lewym skrzydle Tu-154M umieszczony był ładunek wybuchowy, który spowodował detonację, jest zasadna?

– O tym, że osławiona brzoza nie mogła dokonać takiej defragmentacji samolotu, z jaką mieliśmy do czynienia w przypadku tupolewa, wiedzieliśmy od 2012 roku, a więc od pierwszej Konferencji Smoleńskiej, która odbyła się w październiku 2012 roku. Późniejsze badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych tylko potwierdziły fakt, że po zderzeniu z brzozą samolot nie może się rozpaść na 60 tysięcy kawałków. Również zderzenie z brzozą nie jest w stanie doprowadzić do takich zniszczeń, a tym bardziej do wbicia z ogromnym impetem w ziemię drzwi wejściowych samolotu na głębokość jednego metra. To sprawiło, że zaczęto się zastanawiać, co mogło doprowadzić do tak rozległych zniszczeń samolotu. Eksperci ustalili, że najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy Tu-154M było uwolnienie niszczącej energii, którą definiuje się jako wybuch.

Jak w tym kontekście odczytywać wypowiedź o wybuchach Władimira Putina z grudnia 2017 roku, który powiedział „jeśli była eksplozja, to skąd leciał samolot? Z Moskwy? Nie, z Warszawy. Więc szukajcie u siebie”?

– Trudno komentować słowa sowieckiego dyktatora. Tak już jest – zwłaszcza w takim państwie jak Rosja, że to, co powie dyktator, ma być prawdą. Zresztą nie ma znaczenia to, co powiedział czy co powie Putin, ponieważ w interesie Kremla leży, aby odsunąć od siebie winę. Rosjanie znani z manipulacji robią to skutecznie, co więcej, zmusili ówczesne państwo polskie, aby po katastrofie smoleńskiej postępowało w ten sam sposób. Mnie zaś interesują ustalenia, które powstają w wyniku prowadzonych prac różnych międzynarodowych instytucji, laboratoriów czy chociażby ustalenia, do jakich dojdą amerykańscy uczeni z National Institute For Aviation Research z uniwersytetu stanowego w Wichita w Kansas, którzy pracują w 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim nad stworzeniem trójwymiarowego, wirtualnego modelu samolotu Tu-154M.           

Jest szansa, żeby wrak samolotu Tu-154M – główny dowód i nasza własność – wrócił do Polski?

– Mam taką szczerą nadzieję. Nie widzę też powodu, żeby nie miało się tak stać. Poza tym fakt, że przez blisko osiem lat wrak tupolewa i oryginały czarnych skrzynek nie wracają do Polski, to wszystko działa na szkodę Putina i kremlowskiej propagandy. Gdyby Rosjanie nie mieli nic do ukrycia, to szczątki wraku i inne dowody już dawno wróciłyby do Polski. Wczoraj wieczorem wyciągnąłem ze swojej skrzynki pocztowej pismo, jakie otrzymałem z Moskwy, gdzie się zwróciłem o nadanie mi statusu osoby pokrzywdzonej, co pozwoliłoby mi uzyskać dostęp do rosyjskich akt w sprawie katastrofy smoleńskiej, w tym do akt dotyczących tupolewa. Niestety, nie znam języka rosyjskiego, więc nie wiem, co się znajduje w tym piśmie, ale przekazałem je mec. Lechowi Obarze i mam nadzieję, że niedługo się dowiem, co z tego wynika. Jeśli odpowiedź będzie odmowna i nie otrzymam dostępu do akt, wówczas nie wykluczam odwołania np. do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Tak czy inaczej dla nas nie powinno mieć żadnej wartości to, co powie Putin, dla nas wartość powinno mieć to, co ustali – już teraz – międzynarodowa komisja, która bada przyczyny katastrofy smoleńskiej. Jak wiemy, do wyjaśnienia tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, zatrudnieni zostali naukowcy, specjaliści z różnych krajów. I sam jestem ciekaw, jak „Wyborcza” czy TVN zamierzają tym razem zdyskredytować międzynarodowego eksperta z dziedziny badania wypadków lotniczych, jakim jest Brytyjczyk Fran Taylor, który uważa, że nie ma żadnych wątpliwości, iż w rządowym samolocie Tu-154M, lecącym 10 kwietnia 2010 r. z Warszawy do Smoleńska, doszło do kilku eksplozji, a brzoza nie miała wpływu na pierwotne zniszczenie skrzydła. To jeden z niewielu ludzi, który odważył się przyłączyć się do prac w komisji, mając świadomość, z jakim hejtem spotykają się wszyscy, którzy podważają raporty obu komisji: Anodiny i Millera.

Przed 10 kwietnia mamy też poznać ustalenia zespołu smoleńskiego. Czego możemy oczekiwać?

– Przyznam, że mam z tym pewien problem, mianowicie uważam, że wyników postępowania, wyników badań nie należy determinować żadną datą czy symboliką, ale ich faktycznym przebiegiem. Osobiście wolałbym – nawet gdyby miało to potrwać rok czy dwa dłużej, ale żeby raport był pełny. To jest tak poważna sprawa, że Polacy, którzy czekają osiem lat, poczekają jeszcze jakiś czas, aby poznać całą prawdę i kompletny raport, który będzie mógł zostać wysłany w świat. Wiemy, że komisja ciężko pracuje, co jest bardzo pocieszające. Osoby zaangażowane robią to w sposób bardzo dokładny, co zauważają nawet Amerykanie, którzy pracują wewnątrz bliźniaczego tupolewa nr 102 w Mińsku Mazowieckim, mówiąc, że jeszcze nigdy dotąd tak dokładnie nie przeprowadzali tego typu badań. To dobrze rokuje.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl